Spotkania
Co się zmieniło w kinie węgierskim od ubiegłego roku? Na lepsze, czy na gorsze? Zaczynam moje notatki od przeglądu w Budapeszcie, który gromadzi najnowsze filmy.
Pierwsza refleksja: zaostrzenia finansowe sprawiły, że wiele filmów ostatniej produkcji powstaje na taśmie video. To z pewnością nie jest dobrze. Dlatego lutowy przegląd okazał się znacznie słabszy niż w roku ubiegłym. Bardzo dziwny, moim zdaniem, film „Namiętność” (Szenvedé-ly) Gyórgy Fehérasa, zrealizowany w czerni i bieli, otrzymał aż pięć nagród: jako najlepszy film roku oraz za reżyserię, aktorów (Jànos Dcrzsi i Ildikó Bànsàgi) i zdjęcia (Miklós Gurbàn). Jest to swobodna ekranizacja sławnej i wielokrotnie filmowanej amerykańskiej czarnej powieści „Listonosz dzwoni dwa razy”, tym razem z akcją przeniesioną do dzisiejszych Węgier. Widzom rozsmakowanym w zabiegach stylistycznych mogą spodobać się długie ujęcia oddające rzeczywisty przebieg czasu - takie jak w eksperymentalnych filmach Béla Tarra, który zresztą współpracował przy scenariuszu i niewątpliwie wywarł wpływ na kształt filmu. Podobno w całym filmie jest tylko 47 cięć. Większość sekwencji rozwija się w całkowitej ciszy, z nielicznymi odgłosami naturalnymi, bo muzyki w ogóle nie ma. Scena morderstwa i spychanie ciężarówki ze wzgórza są niezwykle męczące przez swą realistyczną długość. Jedna sekwencja sfilmowana została całkowicie nieruchomą kamerą. Obraz ukazuje w zbliżeniu twarz starego człowieka, który niemal szeptem mówi do kogoś znajdującego się poza kadrem. Owszem, twarz jest interesująca -ale piętnaście minut takiego zbliżenia przekracza granice percepcyjnej wytrzymałości. Ildikó Bànsàgi w roli kobiety pchającej swego kochanka do zbrodni z pewnością zasługuje na wyróżnienie, ale ten deszcz nagród dla nudnego dwuipółgodzinnego filmu, który wydaje się orgią stylistycznych nonsensów, zmusza obserwatora do wzruszenia ramion. Czyżby jury uległo presji dorocznej Nagrody Gene Moskowitza przyznanej właśnie „Namiętności”? Ujawnia się w tym także brak poważniejszego współzawodnictwa.